Uważam, że środa spędzona w pracy od 5:45 do 19:20 była całkiem udana. Niestety ok. godz. 14:00 mój humor się zepsuł. w drzwiach stanęła Genowefa. Przez kilka godzin, kiedy to Genowefa starała się nawiązać ze mną rozmowę ja pracowałam w pełni skupiona nad wykonywanymi czynnościami. Ponieważ Genowefa nie zrozumiała, że nie chcę z nią rozmawiać zdesperowana założyłam słuchawki na uszy, włączyłam Kult i zaczęłam nucić pod nosem.
Genowefa miała problem z drukarką. Drukarka nie drukuje. Raczej to normalne, że gdy nie ma papieru to nie ma na czym drukować. Kolejnym problemem było jednoczesne trzymanie klawisza CTRL i klikanie lewym przyciskiem myszki (bo o ALT+F9 to już nie będę się rozpisywać).
Kiedy ja robiłam wszystko z pamięci (w końcu to już trzecia moja inwentaryzacja) Genowefa przeglądała swoje notatki. Wprawdzie pracuje tu 20 lat ale nowy program komputerowy jest dopiero od listopada 2006 roku i trudno zapamiętać wszystko i znać jego możliwości. Gdy już sił mi zabrakło by na pytania "co teraz?" odpowiadać "nie wiem, nigdy tego nie robiłam" (miałam nadzieję, że zrozumie za pierwszym razem ale chyba mam problemy z wysławianiem się i mówieniem po polsku) Genowefa powiedziała dowcip roku: "czekaj, ja myślę..."
Ugryzłam się w język (naprawdę) aby nie odpowiedzieć jej, że nie mam tyle czasu.
Gdy już stałam ubrana do wyjścia Genowefa też kończyła (choć 8h to do 22:00 powinno być) jakże miło było gdy mogłam przypomnieć jej, że nie zrobiła jeszcze jednej czynności. Dziś dowiedziałam się, że czynność tę, choć mi zabrała ok. 10 min, Genowefa robiła tylko 40 min i zdążyła na autobus do domu, który miała o 20:05.
piątek, 2 listopada 2007
inwentaryzacja
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz